wtorek, 26 listopad 2013 00:00

Starożytni na koksie

Napisał 
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Wstrząsające współczesnym sportem afery dopingowe nie są niczym nowym. Atleci już w dawnej Grecji próbowali pokonać ograniczenia ludzkiego ciała za pomocą niedozwolonych metod. 

 

Tekst ukazał się w magazynie Focus 12/2013

Na początku był doping. Mityczny Pelops , syn Tantala, zapragnął zdobyć rękę Hippodamei, córki Ojnomaosa, króla Pisy (w Elidzie). Ojciec zmuszał wszystkich kandydatów do ożenku do udziału w wyścigu rydwanów. Niedoszły narzeczony brał Hippodameję do swojego pojazdu i uciekał przed teściem w kierunku Przesmyku Korynckiego. Jeśli król dogonił rywala od razu go zabijał. W ten sposób zginęło dwunastu pretendentów. Władca, syn boga wojny Aresa, otrzymał od ojca nadzwyczajne konie i był pewien zwycięstwa także nad Pelopsem. Jednak Pelops wygrał wyścig i zabił teścia, a potem wraz z żoną opuścił królestwo.
Gonitwę króla za niedoszłym zięciem tradycja grecka uznaje za pierwsze zmagania sportowe w dziejach. Jedno ze starożytnych podań nazywa Pelopsa twórcą igrzysk olimpijskich, a przy jego grobie w Olimpii odbywały się zawody. Istnieje kilka wersji wydarzeń, które doprowadziły do jego zwycięstwa w wyścigu rydwanów. Według jednej z nich zakochana Hippodameja poprosiła woźnicę ojca, by wyjął zatyczki z osi kół rydwanu Ojnomaosa. Inny przekaz mówi natomiast o tym, że Pelops lepiej karmił konia, który stał się silniejszy niż rumak rywala.
Doping czy podstęp leżą zatem u zarania igrzysk olimpijskich? Wbrew powszechnej opinii, greckie olimpiady nie były zawodami fair play. Dzięki starożytnym przekazom wiemy nie tylko o skandalach. Przetrwały również informacje o stosowaniu przez atletów substancji pozwalających zwiększyć wydajność organizmu. Sofista Filostratos w dziele „Gymnasticos” pisze o pomocy lekarskiej towarzyszącej przygotowywaniu zawodników do rywalizacji olimpijskiej. Medycy podawali atletom do picia wywar z grzybów (zawierających alkaloidy) lub chleb z przyprawami i wyciągiem z maku. Pliniusz Młodszy wspominał z kolei w I wieku p.n.e. , że sportowcy spożywali Decoctum, napar z roślin zwiększających ponoć przyrost masy mięśniowej. Starożytni sportowcy wykorzystywali często pobudzające właściwości alkaloidu (atropina) występującego w korzeniu mandragory. W Grecji powszechnie wierzono w moc jąder byka i olimpijczyków też z pewnością poddawano tej bogatej w testosteron "byczej" kuracji.
Według Andrzeja Pokrywki, dyrektora Instytutu Sportu i specjalisty od dopingu, starożytni zawodnicy nie mięli świadomości, że robią coś zakazanego. Chcieli być bardziej skuteczni. „Znamy opisy diet. Składały się z roślin, które dzisiaj uznalibyśmy za nielegalne. Nie znam świadectw, które dowodziłyby, że istniała wówczas jakaś lista zabronionych substancji” – wyjaśnia Pokrywka. Wyjątkiem było wino. Starożytny lekarz Klaudiusz Galeniusz z Pergamonu wspomina o kontroli dopingowej przed igrzyskami w Tebach. Specjalnie wybrany kapłan stał przy wejściu na stadion i sprawdzał zawodnikom „świeży" oddech. Geograf Pauzaniasz, w II wieku pisał o zapaśniku Milonie z Kroton, który przygotowując się do zawodów, zjadał codziennie osiem kilogramów mięsa i wypijał 10 litrów wina.
W roku 393 naszej chrześcijański cesarz Teodozjusz zakazał olimpiad, jako pogańskiego kultu. Masowe imprezy sportowe wróciły na arenę dziejów dopiero w XIX wieku. Wraz z nimi pojawiły się substancje stymulujące, które Anglicy zaczęli określać słowem dope, a ich stosowanie nazwali dopingiem.


Nim wyraz doping wzbogacił język angielski, przebył długą drogę. Językoznawcy wiążą go z wyrazem „dop(e)”, używanym przez południowoafrykańskie plemiona w odniesieniu do napoju alkoholowego pitego podczas ceremonii religijnych lub do wina ze sfermentowanych skórek winogrona, które przed walką spożywali wojownicy Zulusów. Burowie przywieźli to określenie do Niderlandów, gdzie funkcjonowało w odniesieniu do wszystkich napojów odurzających. W 1889 roku hasło doping pojawiło się po raz pierwszy w angielskim słowniku w odniesieniu do mieszanki z opium, podawanej koniom wyścigowym.
Już starożytni Rzymianie karmili wierzchowce stymulantami. W epoce nowożytnej powrócono do tej praktyki. Zachowały się przekazy z końca XVIII wieku o czterech dżokejach skazanych przez sąd w Cambridge na śmierć przez powieszenie za dodawanie koniom wyścigowych do jedzenia arsenu. W XIX wieku faszerowanie koni stymulantami stało się na tyle powszechne, że podjęto próby przeciwdziałania tej praktyce.
Pionierem badań antydopingowych u koni był polski farmaceuta Alfons Bukowski (1858 – 1921). Naukowiec z Uniwersytetu Warszawskiego obserwując wyścigi na torze w Służewcu wpadł na pomysł pobrania od zwierząt i zbadania nie, jak dotychczas, próbek moczu i kału lecz śliny. W 1910 roku opracował sposób pozyskiwania alkaloidów z wydzieliny i analizy chemicznej pod kątem występowania substancji stymulujących. Metodę Bukowskiego pierwsi wykorzystali organizatorzy gonitw w Wiedniu i Budapeszcie, ograniczając nieco plagę końskiego dopingu w CK Monarchii.
Walka z dopingiem ograniczała się w tamtym czasie do zwierząt. Ludzie bez ograniczeń zażywali środki, które wraz z postępem medycyny i nauk chemicznych, pozwalały zmniejszyć poczucie zmęczenia organizmu i uzyskać lepszy wynik. W leksykonach sportowych definicja dopingu pojawiła się dopiero w 1933 roku. Tymczasem zawodnicy już od dziesięcioleci stosowali „dopalacze”, a wielu z nich przypłaciło to życiem.

Pierwszy wzmianka o zażyciu stymulantów przez zawodników pojawia się w 1865 roku w związku z wyścigami pływackimi w Amsterdamie. Więcej wiadomo o dopingu podczas rowerowego wyścigu Sześciodniowego w 1879 roku. Kolarze piją wtedy napój zawierający mieszankę na bazie kofeiny i alkoholu, a także przyjmują cukier zmieszany z eterem i nitroglicerynę, rozszerzającą naczynia krwionośne. Pobudzająca na krótką metę mikstura, w dłuższej perspektywie okazuje się zabójcza. W 1896 roku umiera na tyfus brytyjski kolarz Artur Liton. Organizm zawodnika jest zbyt wycieńczony dopingiem, aby zwalczyć infekcję. Liotn należał do podopiecznych trenera Jamesa „Choppy” Warburtona, który aplikował swoim zawodnikom koktajl ze strychniny i arsenu. Szkoleniowiec wykończył w ten sposób prawie wszystkich podopiecznych, w tym brata Artura Litona, Toma. 

Strychnina – środek używany do produkcji trutki na szczury, w niewielkich ilościach pobudza układ oddechowy. Na przełomie XIX i XX wieku zawodnicy popijają strychninę alkoholem i stają do zawodów. Tak jak Thomas Hicks, pierwszy olimpijczyk, któremu udowodniono doping. Amerykański maratończyk podczas Igrzysk w Sant Louis w 1904 roku nie wytrzymuje upału i szybko traci siły. Na wzmocnienie dostaje koktajl z surowego jaja, brandy i strychniny. Dociera do mety na drugim miejscu, jednak wkrótce okazuje się, że zwycięzca część trasy pokonał samochodem i złoty medal otrzymuje Hicks.
Na strychninie biegnie Pietro Dorando podczas maratonu na igrzyskach w Londynie w 1908 roku. Kamery filmowe rejestrują jak włoski biegacz słania się na nogach w bramie stadionu olimpijskiego, myli kierunki i dociera do mety podtrzymywany przez sędziów. Rywale składają protest i Dorando tracił tytuł. Na pocieszenie Artur Conan Doyle, autor powieści o Sherlocku Holmesie, funduje zawodnikowi okazały puchar. Wkrótce lekarze stwierdzają w organizmie biegacza strychninę, lecz nie ma przepisów, które pozwoliły by ukarać sportowca.
Strychninę wypiera po I wojnie światowej kokaina, później pojawia się amfetamina. Substancje te przez dziesięciolecia nie noszą piętna groźnego narkotyku i stosuje się je nagminnie. Dopiero śmierć Knuda Jensena podczas igrzysk w Rzymie w 1960 roku zmusza MKOL do podjęcia stopniowych działań przeciwko dopingowi.


Wypadek duńskiego kolarza otwiera czarną listę nazwisk sportowców, zmarłych w latach sześćdziesiątych w skutek stosowania dopingu. Jensen spada z roweru podczas jazdy drużynowej na czas na 100 km i umiera w skutek urazu czaszki. Lekarze stwierdzają jednak w jego organizmie obecność amfetaminy, która mogła spowodować omdlenie. W 1967 roku na trasie wyścigu Tour de France kończy życie jadący na „amfie” Tom Simpson. Rok wcześniej organizatorzy wyścigu wprowadzili obowiązkowe testy antydopingowe, ale, jak widać, nie zapobiegły one tragedii. W 1967 roku amerykański lekkoatleta Dick Howard przedawkowuje heroinę, rok później po zażyciu amfetaminy umiera w ringu zawodowy bokser Jupp Elze.
MKOl jest gotowy do przeprowadzenia pierwszej kontroli antydopingowej w 1968 roku. Podczas igrzysk w Meksyku MKOl pobiera 254 próbki na obecność niedozwolonych substancji. Pierwszy na stosowaniu dopingu wpada szwedzki pięcioboista Hans-Gunnar Liljenwall, w którego krwi stwierdzono 0,8 promila alkoholu.
Większość międzynarodowych federacji sportowych wprowadza w następnych latach badania antydopingowe. Nieuchronne, ciągle udoskonalane metody analityczne zmuszają nieuczciwe ekipy sportowe i koncerny farmaceutyczne do wymyślania wyrafinowanych sposobów oszukiwania. Do perfekcji sztukę tę opanowują władze Niemieckiej Republiki Demokratycznej.
Berlin Wschodni traktuje sport w kategoriach politycznych. Zwycięstwo reprezentanta NRD ma dowodzić wyższości socjalistycznego Wschodu nad kapitalistyczną RFN. Gdy w 1976 roku MKOl wpisuje sterydy anaboliczne na listę niedozwolonych substancji, w NRD trwają już intensywne prace nad państwowym programem dopingowym o kryptonimie 14.25. Poważne instytuty naukowe prowadzą badania nad wykorzystaniem męskiego hormonu w sporcie. Państwowe zakłady farmaceutyczne dostarczają preparatów, lekarze badają zawodników nie po to, by udowodnić im doping, lecz by ograniczyć ryzyko dyskwalifikacji. Według szacunków 10 tysięcy dorosłych sportowców, a także dojrzewających chłopców i dziewczynki zostaje poddanych terapii hormonalnej. Bez niej reprezentanci NRD nie zdobyli by w ciągu 40 lat aż 454 medali w letnich i 110 w zimowych igrzyskach olimpijskich.


Przez 25 lat po upadku Muru Berlińskiego sportem nieustannie wstrząsały afery, które potwierdzają tylko słowa zdyskwalifikowanego w 1993 roku sprintera Bena Johnsona: „Biorą wszyscy. Od dawna żaden z medalistów olimpijskich nie był czysty”. Prof. Jerzy Smorawiński, szef Komisji ds. Zwalczania Dopingu w Sporcie wierzy mimo wszystko w sport bez chemii. Jego zdaniem problem dopingu dotyczy utytułowanych mistrzów, a zatem światowej czołówki. Potwierdzają to statystyki powołanej w 1999 roku do życia Światowej Agencji Antydopingowej (WADA). W 2011 roku w 34 akredytowanych laboratoriach WADA na świecie pobrano od sportowców dyscyplin olimpijskich i nie olimpijskich 243 tysięcy próbek. Dwa procent dało pozytywny wynik.
„Nie zawsze doping stosują ci, których się o to podejrzewa” – zaznacza Andrzej Pokrywka „Podczas igrzysk w Montrealu przyłapano na stosowaniu amfetaminy 65 letniego strzelca z Monako, który zajął przedostatnie miejsce na 44 startujących. Na stosowaniu EPO przyłapano także mistrza Niemiec w bilardzie, a ukraiński szachista odmówił podczas olimpiady szachowej poddania się testom”.
Zawodnicy zwykle twierdzą, że nie przyjmowali nielegalnych środków i nie wiedzą, skąd wzięły się one w ich organizmie. Przypadki nieświadomego zażycia dopingu należą do rzadkości, lecz są możliwe, gdy sportowiec brał lekarstwa zawierające niedozwolone substancje, lub gdy odżywki albo suplementy diety były skażone zakazanymi substancjami. „Większość przypadków dopingu wynika z ignorancji” – uważa dr Jarosław Krzywański z Centralnego Ośrodka Medycyny Sportowej - „Zawodnikami zajmują się osoby nieposiadające odpowiednich kwalifikacji medycznych”.
Zdaniem Krzywańskiego bezwzględna walka z dopingiem przynosi efekty. Wprowadzane właśnie do użycia tzw. paszporty biologiczne pozwalają długofalowo kontrolować wskaźniki krwi sportowców. „Zawodnicy mają teraz świadomość, że przez lata wisi nad nimi miecz Damoklesa i w każdej chwili ich kariera może się zakończyć” – uważa Jerzy Smorawiński.
Profesor nie ma złudzeń, że paszporty nie wyeliminują, ale co najwyżej utrudnią przyjmowanie dopingu przez zawodników. Wkrótce pojawi się inny sposób na oszukanie kontroli i trzeba będzie szukać nowych rozwiązań. Nie da się zdławić w człowieku odwiecznego pragnienia zwycięstwa nad ograniczeniami własnego ciała i zrobi on wszystko, by pokonać kondycję ludzką.

Marcin Rogoziński

Czytany 1488 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 03 lipiec 2014 19:33
Marcin Rogoziński

 

 

Polsko- niemiecki dziennikarz, publicysta, tłumacz, pilot wycieczek zagranicznych

Deutsch- polnischer Journalist, Publizist,Übersetzer, Reiseleiter

Tel: (48) 505 39 99 29

Email Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Więcej w tej kategorii: « Choroba Tronowa

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Gdzie Aktualnie Znajdujesz się:

Wyszukiwarka

Kategorie