środa, 29 maj 2013 11:45

Diabeł w szczególe

Napisał 
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

"Kot jest za to odpowiedzialny?", "sutki reformy", "badania odchodów kredytobiorcy" - chochlik drukarski potrafi przestawić litery, dodać lub odjąć znak i zmienić w ten sposób znaczenie słowa. Zwykle literówki wzbudzają wesołość, zdarzają się jednak czeskie błędy, które mają poważne następstwa i przynoszą wielomilionowe straty.

 Tekst ukazał się w magazynie "Focus" 6/2013

Pamiętacie z dzieciństwa zieloną, mdłą papkę na talerzu oraz napominania "jedz, bo szpinak ma dużo żelaza?" U niektórych ludzi awersja do szpinaku pozostała na całe życie i nie zmienił tego nawet bohater kreskówki marynarz Popeye, który w krytycznych momentach pochłania puszkę szpinaku i dokonuje rzeczy niemożliwych. Kto odmawiał w przedszkolu jedzenia zielonej papki, nie musi tak bardzo obawiać się anemii. Szpinak nie zawiera wcale dużo żelaza. W skutek drobnego błędu ludzie na całym świecie uwierzyli w życiodajną moc szpinaku i skuteczne lekarstwo zapobiegające niedokrwistości i osłabieniu organizmu.
Szpinak warzywny Spinacia oleracea składa się w 91 procentach z wody. Resztę stanowią węglowodany, błonnik i białko. W stu gramach rośliny żelaza jest 3, 5 miligrama. Dla porównania w stu gramach soi znajduje się 15mg, fasoli 10mg, ziemniaka 7mg. "Szpinak nie jest lepszy od marchwi, brukselki czy brokuły. Lepszym źródłem żelaza dla Popeya byłoby żucie puszek" – pisał w 1981 roku Terry Hamblin w brytyjskim czasopiśmie Medical Journal. Wiadomo to conajmniej od 1890 roku, gdy niemiecki fizjolog Gustav von Bunge określił skład chemiczny szpinaku. Potwierdził tym samym wyniki badań, które 20 lat wcześniej przeprowadził inny Niemiec Emil von Wolf. Dlaczego więc ludzie wierzą, że jego zielone listki są bogate w żelazo?
Istnieją dwie teorie. Według pierwszej, pomyliła się sekretarka profesora von Wolfa. Podczas protokołowania wyników badań postawiła w niewłaściwym miejscu przecinek i z 3, 5 zrobiło się 35. Błąd powielali później inni badacze, w tym amerykańscy specjaliści Jacques Rolland i Carol Sherman. To na ich prace powoływali się w lalach trzydziestych twórcy filmu Popeye, którego emisja doprowadziła w USA do wzrostu konsumpcji szpinaku o jedną trzecią. W 1937 roku wykryto błąd, lecz do dzisiaj nie udało się zmienić nawyków myślowych i żywieniowych bardzo wielu ludzi.
Druga teoria na temat powstania błędu głosi, że von Bunge analizował pod mikroskopem susz szpinaku. W tej postaci szpinak zawiera wielokrotnie więcej żelaza niż świeża roślina. Profesor uniwersytetu w Bazylei nie odnotował tego faktu i świat nauki opacznie odczytał wyniki badań, odnosząc je do zielonego szpinaku. Przez dziesiątki lat badacze powielali błąd, aż stał się żywieniowym dogmatem, trudnym do podważenia.
Szpinak jest zdrowy i przesunięcie przecinka w nieodpowiednią stronę raczej nikomu nie zaszkodziło. Zdarzały się jednak znaki interpunkcyjne, które, nieodpowiednio użyte, wyrządzały szkody znacznie bardziej poważne i powodowały ogromne straty finansowe.

Sowieci zacierali ręce z radości na wieść o katastrofie. Amerykańska sonda Mariner 1 miała jako pierwsza przelecieć w pobliżu Wenus i dostarczyć nieznanych informacji o tej planecie. Rok wcześniej ZSRR wysłał w kierunku Wenus sondę kosmiczną, lecz po siedmiu dniach urwał się z nią kontakt. Mariner zapoczątkował amerykańską serię lotów w pobliże podobnych do ziemi planet układu słonecznego: Merkurego, Wenus i Marsa. Pomiędzy 1962 a 1973 rokiem NASA wystrzeliła w kosmos 10 sond tego typu.
Kosmiczny wyścig nabierał rozpędu i przygotowania do startu pierwszego Marinera prowadzone były w pośpiechu. Pojazd skonstruowali w przeciągu roku pracownicy należących do NASA zakładów JPL Jet Propulsion Laboratory (Laboratorium Napędów Rakietowych) w oparciu o projekt sondy księżycowej Ranger. Aparatura do penetracji księżyca pracowała kilka dni, tymczasem Mariner miał być aktywny przez ponad 2500 godzin, czyli ponad sto dni. Pojazd ważył 202 kg i był wysoki na 366 centymetrów. Po obu stronach znajdowały się prostokątne skrzydła paneli słonecznych o rozpiętości ponad 5 metrów oraz talerz anteny. Statek zasilała dodatkowo 1000 watowa bateria używana, gdy nie starczało promieniowanie słoneczne. Wyposażony był m.in. w elektronikę do przeprowadzenia eksperymentów naukowych, kodowania i przetwarzania danych, aparaturę pomiarową, a także paliwo rakietowe.
22 lipca 1962 sonda Mariner 1 wyruszyła w misję z przylądka Canaveral. Problemy zaczęły się zaraz po starcie. Rakieta nośna zboczyła z kursu i stało się jasne, że jeśli natychmiast nie zostaną podjęte odpowiednie działania, statek powietrzny rozbije się nad uczęszczanymi szlakami żeglugowymi północnego Atlantyku, albo nawet spadnie na tereny zamieszkałe przez ludzi. Dlatego w 293 sekundzie misji, obsługa kontroli naziemnej wysłała polecenie samozniszczenia statku kosmicznego.
Po niepowodzeniu Marinera 1 wszczęto dochodzenie w celu ustalenia przyczyn jego wypadku. Okazało się, że do katastrofy doprowadziły wadliwe instrukcje systemu naprowadzającego. W skutek niewłaściwe wysłanego sygnału radiowego nastąpiła, pomiędzy półtorej a 61 sekundą po starcie, jego utrata. Podczas gdy sygnał sterujący nie docierał do sądy, komputer pokładowy błędnie interpretował dane dotyczące parametrów lotu i statek kosmiczny zboczył z toru. Komisja NASA ustaliła, że sygnał sterujący wygasł, ponieważ w kodzie komputerowym zabrakło jednego łącznika. Winę ponosił programista, który pominął znak w specyfikacji programu sterującego napędem rakiety.
Brak myślnika był jak dotąd najdroższym błędem komputerowym w historii amerykańskiej aeronautyki i kosztował podatników 18 milionów dolarów (w przeliczeniu na obecną wartość amerykańskiej waluty około 120 mln). Nieznaczna suma, zważywszy, że Mariner 2 pochłonął 70 milionów, a cały projekt 544 miliony.
Trudno dociec, czy programista z NASA poniósł jakieś konsekwencje za przeoczenie kreski w programie komputerowym. Sądy w każdym razie nie zajmowały się tą sprawą. Inaczej, niż w przypadku pracownika jednej z nowojorskich firm prawniczych, który zapomniał w umowie o trzech zerach i wywołał lawinę procesów sądowych i pozwów opiewających na grube miliony.

Przed stratą prawie 93 milionów dolarów Prudential Insurance CO. uchronili prawnicy. Po przebytych bataliach sądowych, w ostatecznym rozrachunku pomyłka sekretarki kosztowała giganta na rynku ubezpieczeń „tylko” 11 milionów dolarów. Chodziło o udzieloną pożyczkę pod zastaw ośmiu statków dla zadłużonej linii transportowej Unites States Line (USL).
Nieskomplikowana operacja finansowa niemal pogrążyła ubezpieczyciela.
Historia sięga 1978 roku, gdy Prudential pożyczył 160 milionów pogrążonemu w kryzysie przewoźnikowi i wziął pod zastaw osiem kontenerowców. W ciągu ośmiu lat USL spłaciła pożyczkę do wysokości prawie 93 milionów dolarów. Na początku 1986 roku firma Lines poinformowała wierzycieli, że przewiduje trudności w realizacji swoich przyszłych zobowiązań płatniczych. Na restrukturyzację zadłużenia zgodzili się kluczowi pożyczkodawcy, w tym Prudential. W imieniu Prudential zmian w umowie z USL dokonała renomowana nowojorska kancelaria prawnicza Haight, Gardner, Poor & Havens.
Pod koniec 1986 roku Unitet States Lines ogłosiły bankructwo. Upadająca firma zakomunikowała, że jej zobowiązania wobec Prudential wynoszą tylko 92. 885 tysiące dolarów. Na dowód prawnicy USL przedstawili poprawioną przez Haight, Gardner, Poor i Havens umowę hipoteczną. Stało się jasne, że osoba, która kilka miesięcy wcześniej sporządzała umowę pominęła trzy zera. Błąd został powtórzony w prawie stu różnych dokumentach. Papiery przeszły przez ręce prawników z Haight, Gardner, Poor & Stevens, a także doradców Prudential i nikt nie zauważył pomyłki.
Przedsiębiorstwo żeglugowe powołało się na wyraźny zapis hipoteki i apelowało o niepodważanie wiarygodności dokumentów. Prawnicy Prudential zapewniali przed sądem, że padli ofiarą ewidentnej pomyłki. Sędziowie dali im wiarę i Prudential ostatecznie zwyciężył w dwóch sądach federalnych. W 1989 roku jego właściciele oskarżyli o zaniedbania kancelarie prawnicze Haight Gardner, Dewey Ballantine i Gilmartin. W następstwie ich uchybień ubezpieczyciel miał ponieść straty w wysokości co najmniej 31 milionów dolarów. Prudential zażądał zwrotu tej sumy. Skończyło się ugodą, lecz do dzisiaj sprawa Prudential funkcjonuje w środowisku nowojorskich prawników jako synonim „claim that only a lawyer could love", oskarżenia motywowanego zimnym wyrachowaniem i brakiem skrupułów.
O znacznie wyższe odszkodowanie walczyła w sądzie japońska firma ubezpieczeniowa Mizuho Securities. W grudniu 2005 roku jeden z traderów Mizuho błędnie wprowadził do systemu transakcyjnego zlecenie i zamiast oferty sprzedaży jednej akcji za 610 tysięcy Jenów (ok. 5 tys. dolarów) zaoferował 610 tysięcy akcji w cenie jednego Jena. Choć liczba papierów wielokrotnie przekraczała liczbę wyemitowanych przez spółkę akcji, system giełdowy przyjął zlecenie. Próby jego anulowania nie powiodły się i firma Mizuho straciła 225 milionów dolarów.
Błąd wywołał poważne turbulencje na tokijskiej giełdzie. Interweniował rząd, indeks Nikkei stracił prawie dwa procent wartości. Szef rynku papierów wartościowych pożegnał się z posadą, ale nie uchroniło to giełdy przed procesem. Właściciele Mizuho zażądali 470 milionów odszkodowania za poniesione straty. Wywalczyli 121 milionów dolarów, zaledwie połowę sumy, utraconej w skutek przeoczenia jednego z pracowników firmy.


Nie zawsze da się przeliczyć na pieniądze straty poniesione w skutek czeskich błędów. Kompromitacja i utrata dobrego wizerunku wyrządzają nieraz szkody poważniejsze niż strata milionów. Tak jak w przypadku Narodowego Banku Chile. W 2009 roku lokalna gazeta w Santiago opublikowała fotografię monet o nominale 50 pesos (10 centów) z wizerunkiem bohatera narodowego Bernardo O'Higginsa oraz napisem Republica de Chiie. Gazeta przypomniała, że oficjalna nazwa państwa brzmi Chile i dopytywała, dlaczego nikt w mennicy państwowej nie zauważył błędu. Od ponad roku monety z kompromitującą literówką na awersie znajdowały się w użyciu. Menadżer odpowiedzialny za wprowadzenie bilonu do obiegu, nie potrafił odpowiedzieć na pytanie dziennikarza i wyleciał z pracy. Monety z wybitym napisem Chiie zostały wycofane z użycia i stały się obiektem kolekcjonerskim.
W USA literówka skompromitowała w ostatniej kampanii prezydenckiej kandydata republikanów. Mitt Romney ośmieszył się w oczach wyborców, na których szczególnie mu zależało. Ponieważ młodzi internauci statystyczne wybierają demokratów, aplikacja App z programem wyborczym republikanów miała ułatwić Romneyowi w dotarciu do e-pokolenia. Tymczasem, ku uciesze użytkowników iphonów, po uruchomieniu app, na wyświetlaczu pojawił się slogan: „A better AMERCIA”. Nim administrator sieci zorientował się i naprawił błąd, w świat poszły tysiące app z błędem ośmieszającym Romneya. Na internetowych forach i portalach społecznościowych drwinom nie było końca.
Ludzie śmieją się z wpadek innych, zwłaszcza, jeśli przytrafiają się one osobom znanym. Literówka czy błąd ortograficzny wytatuowany na ciele celebryty staje się doskonałym obiektem kpin i polowań dla paparazzi. Przekonał się o tym David Beckham. Przygasła obecnie gwiazda futbolu była kiedyś obiektem westchnień wielu kobiet na świecie. Tymczasem piłkarz pojął za żonę Viktorię i kazał sobie wytatuować jej imię na lewym przedramieniu. Nie uczynił tego w języku angielskim, lecz w hindi, tworzącym charakterystyczne wzory. Niestety artysta tatuażu słabo opanował zasady pisowni języka, używanego na co dzień przez 180 milionów ludzi i wstawił niepotrzebną spółgłoskę, przez co imię pani Beckham brzmiało Vihctoria. Błąd natychmiast został zauważony i wywołał sensację w mediach, nawet tak poważnych jak BBC.
Hayden Panettiere, drugorzędna piosenkarka i aktorka znana z ról w operach mydlanych skompromitowała się, nim jeszcze na dobre rozpoczęła karierę. Hayden postanowiła zapisać sobie pewną maksymę życiową czarnym atramentem pod skórą. „Vivere Senza Rimipiati” (Żyj bez żalu)- złotą myśl po włosku amerykańska aktorka wytatuowała sobie wzdłuż pleców. Ostatnie słowo zostało jednak wykonane błędnie z niepotrzebną samogłoską „i” (powinno być rimpiati). Z pewnością, wbrew maksymie, Panettiere pożałowała decyzji o zrobieniu sobie tatuażu w obcym języku.
Żałował także Johnny Deep. Na początku lat dziewięćdziesiątych aktorowi wydawało się, że do końca życia będzie kochać Winone (Ryder) i wytatuował sobie na ciele napis „Winona forever” ( na zawsze Winona). Gdy związek się rozpadł, Deepowi tatuaż przestał się podobać. Usunął ostatnie litery „n” i „a” i w ten sposób powstał napis „Wino Forever”. Dla Amerykanina brzmi może zagadkowo, u Polaka wywołuje uśmiech.

Czeski błąd może przytrafić się każdemu, choć nie koniecznie musi od razu powodować ogromne straty. Uznanie szpinaku za źródło bogate w żelazo nikomu nie zaszkodziło. Pomyłka udowodniła, że wiara potrafi czynić cuda nie tylko marynarzowi Popey. Kto chce, niech w to wierzy, kto nie chce, nie robi żadnej laski.

 

 

 

 

 

Czytany 1307 razy Ostatnio zmieniany środa, 29 maj 2013 11:56
Marcin Rogoziński

 

 

Polsko- niemiecki dziennikarz, publicysta, tłumacz, pilot wycieczek zagranicznych

Deutsch- polnischer Journalist, Publizist,Übersetzer, Reiseleiter

Tel: (48) 505 39 99 29

Email Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Gdzie Aktualnie Znajdujesz się:

Wyszukiwarka

Kategorie